6.1 C
Kołobrzeg
8 grudnia 2019
Także.pl
Image default
Sport

Tanasejczuk: Jako zawodnik zawsze walczyłem o zwycięstwo i jako trener też chcę wygrywać wszystkie mecze

Rozmawiamy z Nikołajem Tanasejczukiem, byłym zawodnikiem m.in. koszykarskiej Kotwicy, a następnie jej trenerem (wprowadził ją do ekstraklasy). Nasz rozmówca ma na koncie także występy w ekstraklasie. Jako trener, oprócz Kotwicy, prowadził jeszcze m.in. zespoły Pogoni Ruda Śląska, Dynamo Sankt Petersburg, Triumph Moskwa, Dynamo Nowosybirsk, a także reprezentację Polski U18 i drugą reprezentację Rosji. Miesiąc temu zakończył trenowanie Krasnodaru Lokomotiv, z którym zdobył Puchar Rosji i wrócił do domu w Poznaniu.

-Wie pan, że w Kołobrzegu pisano o panu piosenki hip-hopowe?
-Nie.

-Radko i Robak, których zresztą pan trenował, w jednym ze swoich utworów rymowali: „Kola Tanasejczuk – co jemu zawdzięczamy? Wiarę w siebie, że wszystkich pokonamy”.
– Nie wiedziałem, ale to bardzo miłe, bardzo.

-Zaczynając jednak od początku. Kiedyś sport.pl napisał o panu, że „piłkę trzymał w rękach tuż po urodzeniu, a basketu uczył się w kazachskim stepie”. Ile w tym prawdy?
Faktycznie piłka towarzyszyła mi od dziecka, ale basketu nie uczyłem się na stepie (śmiech). Fakt, że po nich biegałem, bo z takich terenów pochodzę, gdzie jest ich bardzo dużo i można się tam dosłownie zabiegać. Ruch towarzyszył mi więc od początku. Duża też w tym zasługa moich rodziców, którzy byli sportowcami i którzy od małego zabierali mnie na hale sportowe. (ojciec Konstanty, w którego żyłach płynęła polska krew, należał do trenerskiej czołówki Związku Radzieckiego w tamtym czasie. Mama Irena, Rosjanka, występowała m.in. w koszykarskiej reprezentacji swego kraju podczas spartakiady. – dop. red.).
Ale to też były inne czasy. Ja się urodziłem w takich czasach, gdy każdy dzieciak musiał umieć grać w hokeja na lodzie, w piłkę nożną i siatkówkę. Cały wolny czas spędzaliśmy na podwórku. To też kształtowało charakter tych pokoleń. Gdy na przykład chłopak oberwał od kogoś, to szedł do sekcji boksu i po jakimś czasie wracał wziąć rewanż. Teraz gdy jestem trenerem widzę, że tego brakuje młodzieży. Nie bójek oczywiście, ale zdolność do pokonywania trudności. Dużo młodych ludzi nie potrafi zmusić się do ciężkiej pracy. Nawet nie tyle, że oni nie chcą, ile oni po prostu nie są gotowi na taki wyczyn. A łatwiej się pracuje z zawodnikami, którzy wiedzą co to jest ból, cierpienie, a nie z tymi, którzy grają tylko na komputerach. Do zwycięstwa idzie się często właśnie przez ten ból. Jeden jest twardy, inny miękki. I gdy oni idą po to zwycięstwo, to ten który jest gotowy do walki mimo, że może być nawet słabiej wyszkolony, to może wygrać.
Za moich czasów nie było komputerów i smartfonów. Dziś dzieci grają w gry i często nie wiedzą co to znaczy prawdziwy wysiłek. W grze komputerowej jak przegrają, to dostają kolejne „życia” i grają dalej siedząc wygodnie na kanapie. Prawdziwe życie tak jednak nie wygląda.

-Do Kołobrzegu z Ałma Aty przyjechał pan z żoną w 1991 roku. Pamięta pan swoje pierwsze wrażenia?
-Zawsze z żoną mieszkaliśmy w bardzo dużych miastach. Ałma Ata ma 2 miliony mieszkańców, żona pochodzi z Taszkientu, który też ma 2 miliony ludzi. Ale czasami tak jest, że jak mieszkasz całe życie w takich metropoliach, to przychodzi  moment, że chcesz w końcu więcej spokoju. Kołobrzeg się do tego nadawał. Pamiętam dokładnie, że wtedy miasto wyglądało inaczej niż dziś. Żartowaliśmy czasami, że w sezonie łatwiej po nim chodzić niż jeździć. Dziś widać jak się rozwinął komunikacyjnie. Trochę traci przez tą zbyt dużą moim zdaniem zabudowę, ale wtedy w 1991 roku pamiętam, że to, że miasto było małe i spokojne bardzo nam odpowiadało. W tamtych czasach Kołobrzeg miał swój urok.
Wciąż uważam, że to jest moje miejsce. Tu nam się urodziła córka i ona też dobrze się tu czuje. W Kołobrzegu mam przyjaciół od czasu, gdy stoczyliśmy ciężką walkę o klub. Tak powstaje prawdziwa przyjaźń, która sprawdza się, gdy są trudności. Kiedy mieliśmy problemy to między innymi Andrzej Mielnik i Janusz Gromek pomogli zespołowi, a przypomnę, że mało kto wierzył w nasz awans do PLK. Teraz jak tylko mam wolne staram się przyjeżdżać do Kołobrzegu. Spotykamy się, wspominamy. Ostatnio byłem tu trzy tygodnie temu.

-Był pan zawodnikiem, później został trenerem. W której z tych dwóch ról czuł się pan lepiej?
-W obu. W moim wypadku tak wyszło, że jak przyjechałem do Polski, to moja kariera zawodnika się już prawie kończyła. I niespodziewanie jeszcze 12 lat grałem i byłem nawet trenerem grającym. Ja nie miałem problemu z przejściem. Dla mnie to była rzecz naturalna, najpierw grałem, a następnie patrzyłem na parkiet pod innym kontem. Jako zawodnik zawsze walczyłem o zwycięstwo i jako trener też chcę wygrywać wszystkie mecze.

-Czy istnieje coś takiego jak trenerska szkoła Nikołaja Tanasejczuka?
-Na pewno. Najważniejsze jest poświęcenie, jeżeli je masz to reszta sama się ułoży. Zawodnik rośnie krok po kroku, nie wolno oczekiwać, że natychmiast osiągnie maksymalne wyniki, bo to jest ciężka, codzienna praca i trzeba się poświęcić jej do końca. Później konsekwencja i dyscyplina. Tu z pomocą przychodzi trener. Jak zawodnik staje się coraz lepszy, to też motywuje trenera do pracy i szukania drogi żeby zrobić z niego prawdziwego profesjonalistę. Oczywiście, można wybrać inny kierunek i traktować koszykówkę jako zabawę. To też jest dobrze, bo sport po to jest, by ludzie byli zdrowi i bawili się.
W trenerce ważne jest też wykształcenie. Ja skończyłem studia medyczne i akademię wychowania fizycznego. Teraz piszę doktorat z psychologi sportu. Wiele spraw jest dla mnie lepiej zrozumiałych, bo znam anatomię i fizjologię. Mogę planować przygotowanie zawodników bardziej precyzyjnie. Trener, który posiada więcej wiedzy i zna koszykówkę od środka, potrafi zrozumieć zawodnika na parkiecie i jest mu łatwiej. No i oczywiście trzeba umieć poprowadzić drużynę do zwycięstwa. Mi się udało zdobyć kilka tytułów w Rosji i w Kazachstanie i to doświadczenie też jest bardzo pomocne.

Usłyszał pan w swojej karierze słowa, które zapadły panu szczególnie w pamięć i które mógłby pan przekazać dalej?
-Jeszcze w Związku Radzieckim zdarzyło mi się być na seminarium, na którym byli przedstawiciele wielu dyscyplin sportowych. To było w Kijowie, gdzie akurat grałem mecz ligowy i przypadkiem trafiłem na salę. W którymś momencie zaproszono na scenę trenera, który trenował wtedy najlepszych gimnastyków na świecie. Nie pamiętam jego nazwiska, ale gdy wszedł, cała widownia wyciągnęła zeszyty i długopisy, żeby zapisać jego słowa. A on na to: „Nie musicie zapisywać, z pewnością zapamiętajcie co mam wam do powiedzenia. To są dwie rzeczy. Po pierwsze nie pracujcie z głupkami, a po drugie kupcie sobie łóżko i postawcie je na sali”.

-Łóżko?
-Tak. Po to żeby móc cały czas pracować i nie musieć wracać do domu, tylko spać na sali sportowej.

-Pana trenerskie motto brzmi „Porządek bije klasę”. Co ono oznacza?
Próbuję je wykorzystywać w pracy szczególnie z młodymi chłopakami. Staram się ich przekonać, że ciężka praca i poświęcenie pozwala czasami wygrać mecz z lepszymi zawodnikami, który teoretycznie był nie do wygrania. Wiele swoich sukcesów osiągnąłem z zespołami, które nie były stawiane w roli faworytów. I ten porządek obowiązuje też poza parkietem. Jeżeli ktoś chce być profesjonalistą w sporcie, musi być nim nie tylko na sali, ale też w życiu prywatnym. Musi wiedzieć co ma jeść, a co nie, ile czasu spędzić przed komputerom, czasami nawet ograniczyć kontakty, co jest dla młodych trudne. Jestem trenerem restrykcyjnym. Nie ma luzu niesportowego, natomiast na treningu lub w meczu zawodnik powinien robić to co potrafi najlepiej i cieszyć się grą. A te rzeczy podstawowe są ćwiczone nawet w trakcie przygotowania do meczów. Nie ma tak, że możesz nic nie robić i mieć. Mięśnie tak samo zapominają jak mózg. To jest powiązane.

-Był pan trenerem m.in. w Sankt Peteresburgu, Moskwie, Nowosybirsku, w Kazachstanie i w Kołobrzegu. Wszędzie trenowanie koszykarskiej drużyny wygląda tak samo?
Są różnice, to są przede wszystkim kluby na różnym poziomie. Mój ostatni klub “ Lokomotiv” Krasnodar, jest jednym z najlepszych klubów w Rosji. W zasadzie przychodzą do niego tacy zawodnicy, że wystarczy ich tylko mądrze poustawiać. Oni wszystko wiedzą i umieją. Takim z zawodnikiem jest m.in. Mateusz Ponitka , który grał w “Loko” w ostatnim sezonie. Z kolei gdy pracowałem w Nowosybirsku, to jest zupełnie inna historia. To jest Sybir, dużo miejscowych graczy. To są zawodnicy, których trzeba szkolić, dużo umieją, fizycznie są sprawni, ale brakuje im techniki, nie zawsze wiedzą, kiedy i jak te swoje umiejętności wykorzystać. Dla trenera to jest wyzwanie, bo musi wyciągnąć od każdego zawodnika, to co on ma najlepszego. Jeszcze inaczej było w Ałma Acie. Z zespołem “Almatinski Legion” Puchar Kazachstanu wygraliśmy składem ze średnią wieku 18 lat. Cały sezon musieliśmy ich szkolić, ale też nauczyć ich, żeby słuchali trenera. Dużo honoru, ale umiejętności mało. Ci chłopcy muszą na swojej drodze spotkać kogoś kto zyska w ich oczach autorytet i zyska nad nimi pewną przewagę, wtedy oni dopiero zaczynają myśleć co robić dalej.

-Obserwuje pan Energę Kotwicę? 
Szczerze mówiąc nie obserwowałem. Dopiero teraz jak byłem ostatnio w Kołobrzegu, działacze zaprosili mnie na walne zgromadzenie. Czym się zdziwiłem, bo nigdy, nawet jak byłem trenerem, nie byłem zaproszony. Trochę porozmawialiśmy z działaczami i myślę, że po tym, jak były kłopoty finansowe, które spowodowały, że Kotwica spadła do trzeciej ligi, to ludzie naprawdę teraz robią dużą pracę i walczą o to, żeby Kotwica wróciła do ekstraklasy. I to byłoby prawidłowo, bo Kołobrzeg na to zasługuje.

– Dziękujemy za rozmowę.

Powiązane wpisy

Znów niepokonani

admin

Przemysław Spadło reprezentował Polskę na Mistrzostwach Europy w Przeciąganiu Liny

admin

Drugie niepowodzenie z rzędu

admin

Zostaw komentarz